na każdy temat (Reklama: schody ,)

Siedziała całkowicie zdezorientowana i oszołomiona. Po chwili uświadomiła sobie, że znajduje się w pokoju, lecz cienka czerwona linia, którą tworzyły rozżarzone węgle naprzeciwko, nie była po tej samej stronie łóżka, co w Orlim Gnieździe, i nie tak blisko kominka, jak w jej domu rodzinnym. Powietrze zalatywało nieco wilgocią i morską pleśnią. Zapach nasuwał oczywiste wnioski. Z ulgą pomyślała, że jest w akademii, w Drewnianych Skrzydłach. Nagle wszystkie cienie przybrały znajomy, ziemski wymiar. Napięcie powoli ustąpiło i Maris całkowicie się rozbudziła. Włożywszy zgrzebną koszulę, ostrożnie przeszła przez ciemny pokój do kominka, wzięła zwitek papieru i zapaliła świecę piaskową. W jej świetle zobaczyła, że obok łóżka stoi kamienny dzbanuszek, i uśmiechnęła się. Znalazła idealne lekarstwo na koszmary. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami i popijała chłodne, nieco cierpkie wino. Cały czas wpatrywała się w migoczący płomień świecy. Sen był tak sugestywny, że nadal nie dawał jej spokoju. Jak wszyscy lotnicy, Maris lękała się bezwietrznej pogody, ale dotychczas nie miewała w związku z tym żadnych koszmarów. A najgorszy w owym śnie był spokój, poczucie klęski i godzenie się z nią. Jestem lotnikiem, pomyślała, a taki sen nie powinien się przyśnić prawdziwemu lotnikowi.

(Reklama: )